sobota, 29 października 2016

Ufność matki



UFNOŚĆ MATKI

2003 rok

Przyszła do nas dokładnie 21 marca. Dosyć zgrabnie zaczęła wplatać się w codzienne obowiązki i swym natchnieniem nimi kierować. Starała się być niewidoczna, ale z drugiej strony chciała, abyśmy ją zauważyli. Starała się zaskakiwać przy każdej czynności i okazji. Była delikatna jak usta niemowlaka, spokojna jak chowające się za horyzont słońce, które jeszcze przez chwilę cieszyło nasze oczy. Jej powietrze miało lekko ogrzany odcień – swym podmuchem sprawiało, że od razu czuliśmy się pewniej i znakomicie odprężeni. Była urocza i hojna w swoich podarunkach – czyste powietrze, jego woń, zielone drzewa i krzewy zdradzały jej obecność wszędzie: w domu, w szafie, w piwnicy i naszych sercach.

Kto mógłby być tym wszystkim?
Kto mógłby zdziałać tak wiele?
Kto mógłby nas tak zaskoczyć?

To oczywiście wiosna!

Na imię miał Krzyś. Był małym chłopcem, który bardzo starał się doceniać świat. Uwielbiał przyrodę i zwierzęta. Mieszkał w małym miasteczku, niedaleko lasu. W centrum znajdował się duży, samoobsługowy sklep, do którego codziennie przychodził na zakupy wraz z mamą. Krzyś miał dziesięć lat, a od dwóch lat był inwalidą – jeździł na wózku, do którego był „przywiązany na stałe”. Bardzo pragnął być normalnym chłopcem – chodzić do szkoły, mieć hobby, bawić się jak rówieśnicy. Pragnął, aby ludzie, którzy się z nim spotykali, nie traktowali go jak kogoś, kto już nic nie znaczy. Z natury był spokojny, cichy i miły. Starał się, aby wszystko, co robił, było dobre i aby rodzice byli z niego dumni. Krzyś był blondynem o wypukłych oczach, osadzonych blisko nosa, z okrągłą twarzą, śniadą cerą oraz małymi, ledwie wyrazistymi ustami z lekko czerwonymi wargami. Nie miał rodzeństwa i pochodził z dobrze usytuowanej rodziny – ojciec był urzędnikiem, a mama zajmowała się domem, nie pracując na etacie.

– Mogę dzisiaj zrobić zakupy? – zatrzymał wózek i spojrzał na mamę, która stanęła obok ze zdziwieniem.
– Poradzisz sobie, synku? – zapytała.
– Przecież nie jestem takim niezdarą – dodał Krzyś.

Zwolnił hamulec, a wózek, pod wpływem delikatnego pchnięcia matki, potoczył się dalej w stronę drzwi wejściowych do sklepu.

Mama Krzysia miała 41 lat, a lekko przypudrowane zmarszczki były dość widoczne z bliska. Jej oczy – wyraźne, szkliste i niebieskie – sprawiały wrażenie, jakby cały czas były lekko zapłakane. Stała z dala, uważnie przyglądając się poczynaniom syna. Krzyś wkładał do koszyka, umieszczonego na jego kolanach, wszystko, co uważał za potrzebne. Czasami poruszał się szybciej, czasami wolniej, między niewysokimi regałami i stojakami sklepowymi. Jego prawa dłoń nieustannie spoczywała na elemencie sterującym wózkiem, którym z zapałem i poświęceniem kierował. Przyglądał się wszystkiemu, co przyciągało jego uwagę, próbując to dosięgnąć, lecz często stało za daleko lub za wysoko, by mógł tego dotknąć. Mimo wszystko zawsze był uśmiechnięty i radosny, wierząc, że kiedyś wszystko się zmieni. Miał marzenia, o których nie przestawał myśleć i które były dla niego priorytetem. Rzadko się smucił, a gdy jednak pojawiał się smutek, zawsze powtarzał: „Chory nie, chory – ale zawsze człowiek.”

Rodzice darzyli go ogromną miłością. Starali się zapewnić mu jak najwięcej swobody oraz stworzyć dobrą, rodzinną atmosferę. Wiedzieli, że mają syna na wózku inwalidzkim, ale nigdy się tego nie wstydzili.

– Co my tutaj mamy? – spytała kasjerka, spoglądając do koszyka. – Co tam słychać u ciebie, Krzysiu? – dodała.
– Nic ciekawego, proszę pani. Mama kupiła mi wczoraj dwie malutkie, białe myszki – odpowiedział Krzyś.
– No... to teraz masz zajęcie. Musisz się nimi opiekować...
– Tak... bardzo lubię zwierzęta.
– Cieszę się – dodała kasjerka, na głos podając wartość zakupów: 40,60 zł.
– Już daję – odpowiedział chłopiec, zgrabnie sięgając do lewej kieszeni, skąd wyjął niewielki portfelik.
– Dziękuję, Krzysiu – odpowiedziała kasjerka z miłym uśmiechem.

Następnie ponownie położył sobie pełen koszyk na kolana i odjechał wózkiem dalej w stronę mamy.

– Mamo? Dlaczego ta pani zawsze jest dla mnie taka miła, a dla innych ludzi taka zwyczajna, normalna? – spytał.

Mama była zaskoczona. Odpowiedź na to pytanie była trudna, bo dotykała kwestii jego kalectwa oraz faktu, że inni ludzie traktowali go inaczej – wiedzieli, że zasługuje na większe zainteresowanie i zrozumienie. Może chcieli, żeby to zauważył, ale Krzyś nie pragnął takiego traktowania.

– Nie wiem, Krzysiu... Pewnie dlatego, że bardzo cię lubi.
– Ale ja tak nie chcę. Chcę, żeby do mnie mówiono normalnie, zwyczajnie. Mamo, musisz coś zrobić! – odparł stanowczo chłopiec, z żalem w głosie. Wiedział, że jest chory, lecz nie chciał tego pokazywać ani przyjmować pomocy.

Po chwili milczenia opuścili sklep i natychmiast znaleźli się na zatłoczonym chodniku. Krzyś siedział wyprostowany, a jego ręce bezwładnie opierały się o oparcia wózka. Nie był smutny – był pogrążony we własnych myślach, patrząc przed siebie, nie zwracając uwagi na otoczenie. Nie ruszał się ani nie kręcił głową, jak zwykle to robił – wydawał się poszukiwać odpowiedzi na jakieś pytanie. Jego mama szła tuż za nim, oburącz trzymając i pchając wózek, co nie sprawiało jej trudu, gdyż Krzyś nie był ciężki, a wózek można było łatwo popchnąć. Na jednym z ramion wózka wisiała siatka z zakupami. Ruch w mieście był intensywny – wszędzie tłumy ludzi robiących ostatnie zakupy przed świętami Wielkanocy.

– Nie!
– Co się stało, Krzysiu?
– Ja chcę sam! Proszę.
– Ale nie mogę cię puścić samego – to niebezpieczne.
– Dlaczego wy zawsze wpajacie mi, że wszystko jest niebezpieczne? Czy nie potraficie zrozumieć, że chcę być samodzielny? – krzyczał Krzyś.

Nie był złośliwy; krzyczał jedynie, by przekonać matkę, że potrafi sam przejść przez przejście dla pieszych. Pragnął udowodnić, że jest zdolny do samodzielności – właśnie dzisiaj.

– Nie mogę, Krzysiu! Nie żądaj tego ode mnie. Nie robię ci tego na złość, po prostu martwię się o ciebie.
– Mamo, proszę, to dla mnie bardzo ważne! – nalegał.
– Nie wiem, naprawdę nie mogę.
– Mamo, proszę...
– A jak coś ci się stanie?
– Co może mi się przydarzyć? Przecież tu jest przejście, prawda? – wskazał palcem Krzyś, pokazując także na w pełni naładowany akumulator wózka.
– To niczego nie dowodzi – odparła mama.
– Proszę! Mama tu poczeka, a ja przejadę na drugą stronę.
– Jak już tam będę, wtedy dopiero…
– Krzysiu!!! – krzyknęła – ale ja się boję! – przerwała mu.
– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

Znajdowali się tuż koło swojego domu. Krzyś ruszył – obejrzał się w prawo, potem w lewo i podjechał do samej krawędzi jezdni. Jego mama stała nieco dalej, ze smutkiem patrząc. Nie chciała, żeby to się stało, ale tym razem nie potrafiła mu odmówić. Wiedziała, że cierpiał, gdy wszystko robiło się za niego i nadmiernie mu pomagała.
– Uważaj na siebie – dodała, ściskając dłonie.
– Dobrze, mamo... będę uważał.

Jeszcze raz obejrzał się w obie strony – droga była pusta. Pchnął drążek mocno do przodu, a koła wózka zaczęły się kręcić, unosząc go do przodu. Mama stała z zaciśniętymi pięściami, uświadamiając sobie, że naraża jedynego syna na wielkie niebezpieczeństwo. Trzymała za niego kciuki, jakby wspierała bliską przyjaciółkę przed egzaminem. Była przekonana, że Krzyś da sobie radę, że jest zdolny i zwycięży.

– Jezu, co ty robisz?!
– Andrzej?! – zawołała Agnieszka.

Andrzej to tata Krzysia. Widział wszystko, co działo się przez okno pokoju. Nagle wyskoczył z domu, przestraszony i blady, biegnąc w stronę syna, by pomóc mu zejść z drogi.
– Tato!!! – Krzyś zapomniał, że znajduje się na środku jezdni. Uśmiechnął się, dumnie unosząc obie ręce do góry, a wózek momentalnie się zatrzymał. Krzyś śmiał się dalej – był zadowolony, że mógł być sam i nie potrzebował pomocy. Agnieszka rzuciła torbę z zakupami i chciała podbiec, gdy nagle…
– Krzysiu, uważaj na samochód! – zawołała.
– Pośpiesz się, jedź!

W głowie matki narastał strach, który przez kilka sekund nie dawał jej spokoju. Nie mogła tego znieść – wiedziała, że nie da rady zapobiec katastrofie. To był koszmar. Rozdziawiła usta, patrząc bezsilnie, gdy Krzyś obejrzał się w bok – był przerażony. Zakrył sobie twarz i mocno wtulił się w wózek, który teraz stał się dla niego jedynym bezpiecznym miejscem. Bał się i zaczął krzyczeć:
– Mamo! Mamo! Nie

Ojciec był już bardzo blisko, lecz nie wystarczająco. Z zakrętu wyjechał samochód, który zaraz po wyjściu z łuku drogi nagle mocno zaczął hamować.
– Nie!!! – krzyczał Andrzej.

Wszystkie cztery koła auta zatrzymały się, ale pojazd nadal sunął, zmieniając pozycję, ślizgając się i obracając bokiem.
– Krzysiu! – powiedział cicho Andrzej, stanąwszy zdyszany na krawędzi drogi i patrząc z bólem na syna. Opadł na kolana i zamarł – uderzenie było tak silne, że Krzyś natychmiast wypadł z wózka, który zaraz potem został doszczętnie zmiażdżony przez koła samochodu. Leżał kilka metrów dalej, nieruchomy. Jego twarz była cała czerwona, a z nosa silnie ciekła krew, spływając na rozpalone usta. Jego uśmiech mieszał się ze smutkiem, brwi opadały, a oczy były zamknięte.
Niedługo potem Andrzej podbiegł do Krzysia.
– Wezwę pogotowie, a ty zostań przy nim – powiedział stanowczo, biegnąc do domu, podczas gdy Agnieszka podbiegła do syna.
– Proszę, niech go pani nie rusza. To może tylko zaszkodzić, jeśli ma uszkodzony kręgosłup – jęknął kierowca, patrząc na Agnieszkę.

Był przytłoczony – roztrzęsiony i bezsilny. Agnieszka zaczęła płakać.
– To moja wina. To ja mu na to pozwoliłam. Powinnam być z nim, a na pewno nic by się nie stało – szlochała.
– Niech pani tak nie myśli...
– Nie – odpowiedziała, płacząc. – On nie może być za siebie odpowiedzialny. Jest inwalidą, to pan rozumie!

Nic więcej nie dało się powiedzieć. Andrzej opuścił głowę, patrząc na Krzysia, który leżał bez ruchu. Jeszcze kilka chwil temu był taki radosny i uśmiechnięty, a teraz – bez sił, bez woli, bez wiary we własne możliwości. W oddali słychać było sygnał nadjeżdżającej karetki. Po kilku minutach – podczas gdy Krzyś był przewożony do szpitala – zmarł.


Związek



Związek




2005 rok


To był poniedziałek. Zwykły, pierwszy dzień kolejnego tygodnia. Oboje wstali do pracy o ósmej rano. Lekkie śniadanie i trochę chłodnego wzroku, potem szybki pocałunek w policzek, i wyjście do pracy. On do samochodu, ona do samochodu. Każdy ma swój cel, każdy swoje kroki liczy. Każdy zerka na swe dłonie i twarz. Jak wyglądam? Jak się ma moje spojrzenie? I tak leci dzień za dniem.
  • Powiedzieć mu? – pomyślała - Nie to zbyt wcześnie – doszła do wniosku.
Kasia miała 30 lat. Zielone oczy, krótkie jasne, proste włosy. Każdego dnia rano skrupulatnie dbała o swoje paznokcie ubiór i makijaż. Była typową materialistką, żądna władzy i zasobów, korzyści. Starała się aby każdy jej ruch przynosił jakiś profit.
  • Miłej pracy Kasiu, pamiętaj wieczorem wspólna kolacja – krzyknął na pożegnanie Adam.
  • Tak, pamiętam. To na razie. Kocham Cię! – dodała.
Kasia była konsultantem w jednej ze znanych firm teleinformatycznych w Gdańsku. Pracowała tam 6 lat, zaczęła zaraz po ślubie. Miała bardzo piękny głos, taki kobiecy, ciepły i spokojny. To właśnie był warunek przyjęcia do pracy. Kreatywność i humor poplątany ze stanowczością. Natomiast Adam był bankowcem. Pracował w jednym ze znanych banków w Gdyni. Był bardzo elegancki, zadbany i uprzejmy. Mieli wspólne marzenia, sprawy i też wspólne sekrety.

Rozmowa ze Śmiercią

Rozmowa ze Śmiercią 

2003 rok

Foto: https://pixabay.com






– Dlaczego?
– Słucham? – pytam.


– Dlaczego?
– O co chodzi, gdzie ja jestem?


– Tu.
– Gdzie to jest „tu”?


– Wszędzie i nigdzie, dlaczego pytasz?
– Nie rozumiem pytania.


– Dlaczego mnie wezwałeś?
– Nikogo nie wzywałem, nawet nie wiem, kim jesteś...


– Nie pamiętasz? Wezwałeś mnie... Mnie spotyka się tylko raz.


– Pamiętam… pamiętam tylko mój pokój i uczucia. Smutek, nostalgia, beznadzieja. Było coś jeszcze, coś ostrego, później tylko ból i ciemność...
– Widzę, że przypominasz sobie…
– To znaczy, że ja odważyłem się wreszcie to zrobić, zapisać ostatni rozdział tej tragicznej księgi mojego życia i …


– Dlaczego?
– Pytasz mnie, jakbyś nie wiedział. Życie nigdy mnie nie rozpieszczało. Świat, w którym żyłem, nie akceptował i nie zauważał mnie – dlatego.


– Ja nikogo nie akceptuję, a życie jest po to, aby żyć…
– Nie rozumiesz. Być samemu przeciw światu, przeciw swoim demonom, problemom. Nie odczuwać nic oprócz pustki i strachu. Zatraciłem się w swoim smutku.


– Człowiek nie jest samotną wyspą…
– Nieprawda. Byłem samotną wyspą — niekoniecznie z wyboru.


– A inni ludzie?
– Ludzie są okrutni. Całe życie mnie krzywdzili, wykorzystywali. Wielokrotnie, kiedy się na nich otwierałem, wykorzystywali mnie, wbijali nóż w plecy. Później starałem się nie ufać, ale i to nie pomogło. Starzy znajomi, których uważałem za przyjaciół, zdradzili mnie. Wszyscy prędzej czy później odwracali się.


– To, co nas zabija, czyni nas silniejszymi…
– Super! Trafiła mi się Śmierć. Nieprawda, są sprawy, które od razu nas nie zabijają, tylko niszczą po kawałku aż do…


– Nie odczuwałeś innych uczuć, choćby miłości?
– Nie wierzę w miłość… Zawsze byłem tak naprawdę sam.


– Dlaczego więc dopiero teraz się spotykamy?
– Ratowało mnie przez lata parę rzeczy. Przez długi czas nadzieja, która jednak jest martwa jak ja teraz. Dzięki niej wtedy jakoś funkcjonowałem.


– A rodzina?
– Była, nie widziała problemu...


– Pytam więc raz ostatni — dlaczego?
– Bo już nie miałem sił. Co ze mną będzie?