Słońce chyliło się już ku zachodowi, a nad horyzontem kłębiły się gęste chmury. Łączyły się w ciemniejsze i jaśniejsze miejsca. Karolina akurat wracała z pracy. Śpieszyła się, ponieważ pociąg, którym podróżowała, miał niewielkie spóźnienie. Było gdzieś około 18:00 i zwykle o tej porze była już w domu. Na dworze było duszno i zatykało w gardle, zbierało się na deszcz. Karolina była zmęczona, myślała o kąpieli i o chwili odpoczynku.
Po kilku minutach wysiadła z pociągu, a swe kroki skierowała w kierunku niewielkiego lasu. Po pewnej chwili z utwardzonej drogi zrobiła się kręta ścieżka, która teraz biegła jego skrajem. Był niewielki - trochę dębów, świerków z krzakami o różnym, dość dziwnym kształcie. Wszędzie było dużo zielonej, wysokiej trawy. Miejscami poryta ziemia, połamane konary oraz małe efektowne polanki – widok przepiękny. Karolina bardzo lubiła te miejsca, można było przez nie przejść i zastanowić się nad całym swoim minionym dniem czy nawet swoim życiem.
Karolina była piękną, 20 letnią dziewczyną o piwnych oczach. Zawsze uśmiechnięta, zgrabna i zadbana. Wielu mówiło o niej, że „jest dość pociągająca”. Włosy delikatnie upięte, a na twarzy lekki, delikatny makijaż. Na sobie miała granatowe, obcisłe spodnie z lekką przewiewną bluzeczką. Nie nosiła żadnej biżuterii.
Karolina szła przed siebie, odprężając się jak tylko mogła i potrafiła. Rozkoszowała się zapachem leśnego powietrza, jednocześnie zbliżając się do charakterystycznego i nielubianego przez nią miejsca. Był nim bardzo kręty odcinek ścieżki, który prowadził w głąb wielkiego, głębokiego wąwozu w kształcie litery „S”. Karolina nagle zaczęła rozglądać się uważnie na boki, panicznie szukając nie wiadomo czego i kogo. W oddali nie było nic charakterystycznego i nieznajomego, co mogłoby przykuć jej uwagę. Karolina jednak czuła coś dziwnego. Miała wrażenie, że ktoś na nią patrzy. Przyspieszyła kroku, pot wystąpił jej na czole, a serce waliło jak młotem. Karolina zauważyła, że jest bardzo zdenerwowana, rozkojarzona. Próbowała to jakoś zamaskować i szybko przejść przez to dziwne miejsce. Poczuła, że zbladła i doznała poczucia strachu.
— Chyba oszaleję, co się tu dzieje!!!? – buchnęła sama do siebie.
Nagle zza niewielkiego nasypu ziemi wyszedł mężczyzna. Jego postura przyprawiła jej kolejnej dawki niepewności i strachu. Wyglądał na nieprzyjemnego. Karolinę przeszył dreszcz. W jednej chwili przypomniały się jej obrazy z filmów grozy, programy policyjne o zaginionych, zgwałconych, zabójstwa, pobicia i szantaże... Karolina czuła, że zaraz zwariuje i będzie krzyczeć, ale dlaczego? Przecież nie było powodów – tak sobie tłumaczyła. Do jej świadomości doszło również, że była sama. Oglądała się za siebie, ale nikogo nie zauważyła.
— Co zrobić? Rzucę się na niego i zabiję przez podrapanie twarzy! – pomyślała.
Bała się, że to jest jej koniec. Teraz przez jej umysł przeleciały migawki z codziennego życia: dom, miłość, praca itd. Było to coś podobnego do wystawienia oceny swemu życiu. Tak to czuła.
— Przepraszam, czy mogę przejść? – wykrztusiła.
Facet nie odpowiedział. Stał jak pionek na szachownicy, patrząc szyderczo. Zaśmiał się, podnosząc górną wargę, pokazując swe zniszczone i zaniedbane zęby. Tylko tyle zapamiętała i zaraz po tym zaczęła uciekać tak szybko, jak tylko potrafiła. Szybko przebierała nogami, machała rękoma, śpieszyła się. Nie wiedziała gdzie, ale chciała uciec jak najdalej. Mijała drzewa, krzaki, dołki i wzniesienia. Po minutach nogi zaczęły się jej plątać, traciła siły. Karolina czuła, że mężczyzna jest tuż za nią, słysząc rytm jego biegu. Bała się ogromnie. Przy takim tempie biegu wiedziała, że zaraz upadnie, a on dopadnie ją i zrobi z nią, co będzie chciał. Karolina zwolniła bieg, była wyczerpana. Miała nadzieję wybiec z tego lasu i że będzie dalej żyć swoimi sprawami, jednak upadła... Leżała, nie ruszając się ani trochę, odpoczywała oddychając głęboko. Myśli wirowały jej w głowie, nie potrafiły zatrzymać się i uspokoić. Zakryła dłońmi twarz, aby odizolować się od otoczenia i zapomnieć. Zbliżał się. Ziemia drżała, a ona czuła jego kroki coraz wyraźniej.
Nagle wszystko ucichło. Uleciało, słyszała szum liści na wietrze, śpiew ptaków. Chciała wstać i po prostu odejść, nie oglądając się za siebie. Zapomnieć o wszystkim i powrócić do normalnego życia. Leżała jednak tak nieruchomo przez kilka chwil. Drżały jej dłonie. Spoglądała przez palce delikatnie rozchylając je na boki. Bała się.
— Może chciał mnie tylko przestraszyć ten debil!? – Mruknęła do siebie, ze strachem rozglądając się.
Była brudna, we włosach kawałki liści i jakieś pajęczyny. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. To koniec koszmaru czy tylko początek? Może kryje się w krzakach – pomyślała. Czuła jego obecność. Nagle jednak szybko wstała i zaczęła biec prosto przed siebie, tak samo szybko jak przed upadkiem. Wiedziała, że ma jeszcze trochę sił, zwycięży i da radę wybiec z lasu. Przed sobą zauważyła coraz więcej świateł, coraz więcej życia. Mijała wszystko, co się dało ominąć: krzaki, konary drzew, kępy traw.
— Dam radę... Jeszcze trochę, już na pewno mnie nie złapie.
Była 9:00 rano dnia następnego. Karolina była w pracy. Siedziała na dość wysokim stołku, pijąc kawę. Sprzedawała prasę na ulicy Szerokiej w Gdańsku. Pracowała tam od 2 lat. Dzięki niej poznała bardzo wielu, różnych ludzi. Bardzo często z nimi rozmawiała. Większość opowiadało o swoim życiu, a każdy z nich barwił je swoimi wspomnieniami. Karolina była osobą jak obraz, przed który można przyjść i zwierzyć się.
Zawsze, gdy wcześnie rano przywozili prasę, Karolina nigdy się jej zbytnio nie przyglądała. Za dużo miała czasopism i gazet przed sobą, aby wszystkie czytać czy choćby przeglądać.
— Dzień
dobry pani! — oznajmił głos.
— Dzień dobry —
odpowiedziała.
— Poproszę dziennik — dodał starszy pan.
Karolina podała z uśmiechem na twarzy w kostkę złożoną gazetę.
— Pani
jak zwykle od rana piękna i uśmiechnięta, pani to chyba naprawdę
ma przyjemność z tej pracy! — wypalił mężczyzna.
— Oj
panie Zygmuncie! Szczególnie wtedy, kiedy spotykam takich miłych
ludzi jak pan — dodała Karolina.
Pan Zygmunt to jeden ze stałych, tzw. „porannych klientów”. Każdego dnia o tej samej porze, przychodził po aktualne wydanie Dziennika Bałtyckiego. Pan Zygmunt był już w sile wieku, dbał o siebie jak potrafił, zawsze ogolony, oblany wodą kolońską, czarny beret z laską przy prawej nodze, miły i uśmiechnięty, z pełnym optymizmem.
Karolina, gdy tak podawała gazetę, jej uwagę przykuł wielki, wyraźny, składający się z czarnych liter, nagłówek: „KRWAWE MORDERSTWO”. Przeszedł ją dreszcz, a pan Zygmunt zwinął gazetę w rulon i odszedł.
Karolina usiadła i wzięła łyk gorącej jeszcze kawy, sięgając po najnowsze wydanie gazety. Nie miała sił czytać, bała się i czuła, że to dotyczy właśnie jej. Uświadomiła sobie, że to nie koniec tego, co było wczoraj.
(…) „W pobliżu stacji kolejowej, bestialsko zamordowano młodą dziewczynę w wieku 24 lat. Wracała z pracy (…). Takiej treści były pierwsze zdania artykułu. Karolina czytała z niedowierzaniem.
KONIEC

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz